Ostatnio przeczytałam książkę pańskiego autorstwa ,,Chłopcy z Placu Broni". Bardzo się wzruszyłam czytając zakończenie tej książki. I z tego powodu postanowiłam do Pana napisać. Zastanawiam się czy jest możliwość zakończenia innego tego utworu.Chłopiec tak dzielny i odważny , powinien zostać nagrodzony.
Moja walka z rakiem piersi. Nazywam się Patrycja Ruta. W wieku 26 lat zdiagnozowano u mnie zaawansowanego raka piersi. Dziś chcę Ci opowiedzieć swoją historię walki z nowotworem, chcę żebyś usłyszała to ode mnie: Jesteś wyjątkowa, Jesteś silna, Jesteś piękna, Walcz!
Lekarz, który kwalifikuje na oddział przeważnie wszystkich kieruje no chyba , że ktoś ma bardzo złe wyniki z krwi , które też z rana trzeba oddać, bo wtedy nie może dostać chemii na oddziale. Tak to wygląda. Wcześniej się denerwowałam, teraz jestem już spokojna, być może dlatego , że moja szpitalna walizka już spakowana? 🙂
Walka z rakiem - Q1 2023. Chodziło o to, by moja trudna sytuacja życiowa stała się bodźcem do działania dla innych i skłoniła ich do wykonywania badań profilaktycznych. Oczywiście
– Każdy onkolog z pierwszej linii frontu szybko dochodzi do wniosku, że najlepszym sposobem walki z rakiem jest profilaktyka – mówił niedawno w wywiadzie. Medycyna zbyt dużo czasu poświęca pojedynczym komórkom i zbyt mocno wierzy w indywidualne testy, zamiast badać całe systemy i analizować interakcje zachodzące w ludzkich
6.9K views, 62 likes, 53 loves, 18 comments, 1 shares, Facebook Watch Videos from Karolina -Moja Walka z Rakiem Piersi: Hej Kochani już czuć wiosnę za 6.9K views, 62 likes, 53 loves, 18 comments, 1 shares, Facebook Watch Videos from Karolina -Moja Walka z Rakiem Piersi: Hej Kochani już czuć wiosnę za oknem 殺殺殺 Kocham Wiosnę i
. Ludzie po ciężkich wypadkach mają rehabilitację, aby zapomnieć o tym co przeszli i by móc życie zacząć od nowa. Mnie o raku do końca życia nie wolno zapomnieć, jeśli nie chcę mieć jego wznowy, muszę ciągle być czujna, bo on przy mnie jest tuż za rogiem, albo jeszcze bliżej, a może już atakuje mnie. Kartka z pamiętnika Już sporo czasu upłynęło od zakończenia mojego leczenia, ale moja walka z rakiem nadal trwa. Niestety po leczeniu nie usłyszałam upragnionych słów ” komórek rakowych nie stwierdzono”, najgorsze, że tych słów od lekarzy nie usłyszę już chyba nigdy. Złości mnie to, że nie wiem kto z nas bardziej przetrzymał silnie trującą chemię, ja czy rak? Czy ja się kiedyś o tym dowiem? Pomału dociera do mnie, że drobnokomórkowym rakiem zostałam naznaczona już do końca życia. Tak naprawdę dopiero teraz moja walka się zaczyna, tylko już sam na sam z rakiem. Lekarz powiedział mi wprost, że u mnie wznowę można rozpoznać tylko po objawach, tylko zapomniał dodać, że nie wiadomo jakich. Jak rozpoznać różnicę w objawach po skutkach dużej dawki chemii, a wznową raka, tego nie wie nikt. Jeśli umrę, to też nikt nie będzie dochodził się w mojej sytuacji przyczyny, czy umarłam z powodu zniszczenia dokonanego przez chemię, czy przez raka, czy może dlatego, że miałam dość życia z rakiem. Nie wiem jak się z tym swoim rakiem i zdrowiem pozbierać, ale jakoś muszę, skoro już tyle przeszłam, to teraz się nie poddam, zastanawiam się tylko po co? Lekarze radzą, że mam normalnie żyć jak do tej pory, tylko zapomnieli już, że ja swoim dotychczasowym normalnym życiem stworzyłam sprzyjające warunki do rozwoju raka, to rak ze wznową będzie miał jakieś problemy? Zmiany w moim życiu już i tak zaszły, bo dokonał tego rak i chemia, problem polega na tym, że zmiany zaszły nie po mojej myśli. Moja pomniejszona pojemność płuc i spalone oskrzela chemią i radioterapią nie pozwalają być mi tak aktywną jak jeszcze niedawno. Po reakcji innych zauważam, że leczenie chemią wielu uważa, że w obecnych czasach to takie nic. Szkoda, że ja nie mogę swojego leczenia tak lekko skwitować, bardzo bym chciała, aby chemia którą przeszłam była sobie ot taka jak farbowanie włosów, ale tak nie jest, poczyniła w organizmie nieodwracalne spustoszenie nawet większe niż zdążył poczynić rak. Walkę z nim zaczęłam od sporządzenia listy co rak lubi, a czego się boi. Teraz to porównuję i powinnam to co rak lubi wyrzucić ze swojego życia i wprowadzić to czego się boi, tylko jak to wcielić w życie? Teoretycznie wszystko jest proste jak budowa cepa, tylko z realizacją mam teraz problem prawie nie do pokonania. Na liście którą mam przed sobą czerwoną kredką zaznaczone jest lubienie raka identyczne jak lubienie mojego „ego”. Te same myśli, przekonania, używki i dietę lubi rak to samo, co moje ego, czyli ja? Wychodzi na to, że rak w moim własnym ego ma potężnego sprzymierzeńca – nie do wiary, jest to moje własne ego!!!!!! To oznacza tylko jedno, muszę podjąć walkę sama ze sobą, a to o wiele trudniejsze niż walka z rakiem. Nie mam wyjścia muszę zrobić listę dla swojego ego co chcę wyrzucić ze swojego życia i jednocześnie co chcę wprowadzić. Moje ego jest dzielne, nie daje się zastraszyć, zakrzyczeć, jest mądre i wydaje mu się, że chroni słusznej sprawy. Akceptację mam już za sobą, to teraz na początek muszę przekonać swoje ego, aby mnie nie przeszkadzało w wprowadzanych zmianach, bo jest to konieczne, jeśli żywcem nie chcemy być pożarte przez raka, muszę stworzyć środowisko którego on nie znosi. Aby nie zwariować, czy zgłupieć i jakoś się pozbierać i siebie ogarnąć, na kartce papieru misternie nakreślam prosty plan działania, który tak naprawdę sprowadza się do tego, że zaczynam robić to czego do tej pory nie robiłam i zmieniam swoją dietę ograniczającą spożywanie tłuszczów. Jest to wbrew zaleceniom dietetyków, ale co ja mam do stracenia, wznowa jest tuż za rogiem, aby mnie dopaść i zabić. Jak się jest zdrowym, to wydaje się, że nawet trujące substancje i niezdrowy tryb życia jest nieszkodliwy, a jak się umiera na śmiertelną chorobę, to okazuje się, że normalne jedzenie może być szkodliwe. Irena
Wszystkim osobom, które wspierają mnie w walce z chorobą: rodzinie, znajomym, samorządowcom, lekarzom, mieszkańcom Leśnicy, kolegom z pracy i ludziom o dobrym sercu chciałem serdecznie KurzałPamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. To był sierpień 2007 roku. Miałem tylko zmienić koszulę, bo ukrop w tym dniu był niesamowity. Zrzuciłem z siebie ubranie i wtedy żona zauważyła niewielkie zmiany na skórze. To była mała, ledwo widoczna grudka w okolicy piersi. Zacząłem się zastanawiać, co to może być. Początkowo chciałem machnąć na to ręką. Myślałem: "Ludzie nie takie problemy mają i do lekarza nie chodzą, a ja miałbym się niewielką grudką przejmować". Ale to nie dawało mi spokoju. Zacząłem szukać w poradnikach informacji, co to może być. Skontaktowałem się ze znajomym lekarzem. Ten od razu wysłał mnie do Opolskiego Centrum Onkologii na Katowicką. W wąskim korytarzu kliniki na krzesłach czekało kilka osób. W końcu przyszła moja kolej. Chwyciłem za klamkę, wszedłem do środka i pokrótce powiedziałem lekarzowi, o co chodzi. Że dobrze się, czuję i w ogóle mi nic nie dolega. Tylko ta grudka... Lekarz spojrzał na mnie fachowym okiem. - Jak to wygląda? - zapytałem - Nie najgorzej, ale musimy jeszcze zrobić badania - odparł wszystko potoczyło się jak błyskawica. Prześwietlenie, tomograf i decyzja lekarzy, żeby usunąć to operacyjnie. To miał być rutynowy zabieg. Ale ani ja, ani lekarze nie wiedzieli jeszcze wtedy, że najgorsze dopiero jak wyrok Zabieg miałem w listopadzie 2007 r. w Opolu. Niby wszystko poszło dobrze. Jeszcze tylko rozmowa z ordynatorem, kilka dni w szpitalu i będę mógł wrócić do domu - myślałem sobie. Ale wtedy nie znałem jeszcze wyników. Ordynator przyszedł do mnie na rozmowę. Spojrzał na jakieś papiery i zmarszczył czoło:- Coś nie tak, panie doktorze? - rzuciłem nieśmiało, przeczuwając, że dzieje się coś złego - Niestety, zmiany są dużo większe, niż wyglądało to na początku. To chłoniak - stwierdził słowa zabrzmiały dla mnie jak wyrok... Nowotwór węzłów chłonnych. Bardzo złośliwy i na dodatek w zaawansowanym jak to było możliwe? Przecież ja - zdrowy jak ryba! Żadnych objawów. A tu? Tak nagle? To nie mogą być moje wyniki... Ta wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. W ułamku sekundy kotłowały się w głowie setki pytań. Bo co ja teraz mam zrobić? Na ten tydzień tyle ważnych spraw do załatwienia, poumawiane spotkania. Jak się tego cholerstwa pozbyć? Hubert Kurzał przestaje na chwilę opowiadać. Siedzi w fotelu we własnym gabinecie, wpatruje się w Lekarze mówią, że powinienem teraz odpoczywać w domu - uśmiechnął się. - Ale jak mam siedzieć spokojnie, wiedząc, że czeka na mnie tyle roboty? Przychodzę więc do pracy i staram się robić swoje. Burmistrz zwraca głowę w kierunku sterty leżących na biurku papierów. Obok stoi upita do połowy filiżanka z herbatą. Czarna - bez cukru ani cytryny. Taka, jaką Hubert Kurzał pije od zawsze (kawa - broń Boże!). Burmistrz upija kolejny Staram się cieszyć każdą chwilą mojego życia - mówi. - Pan nawet nie ma pojęcia, jak taka choroba potrafi człowieka zmienić. Coś trzeba z tym zrobić Gdy dowiedziałem się, co mi dolega, nie wiedziałem, co z sobą zrobić. Bo jak to? Mam nagle wrócić do Leśnicy i oznajmić wszystkim, że jestem chory? Co na to powiedzą ludzie? Burmistrz - ten, co powinien być twardy, wszystkim pomagać, nawet ze sobą nie potrafi sobie poradzić...Na szczęście moje rozterki nie trwały zbyt długo. Z Opola trafiłem do kliniki w Warszawie, a później do Katowic. Tam zaopiekowała się mną doktor Małgorzata Kopera - młoda, bardzo sympatyczna pani, która podeszła do wszystkiego fachowo. - Nie można tak tego zostawić - dowiedziałem się. - Inaczej nowotwór rozejdzie się po całym zaatakowało układ immunologiczny. Mojego "osobistego lekarza", który dotychczas dobrze sobie radził z wirusami i bakteriami. Ale nie wiadomo, jak długo układ odpornościowy jeszcze wytrzyma. Choroba może się rozwinąć, a wtedy... Doktor nie dała mi snuć czarnych scenariuszy. Po przejrzeniu moich wyników zaproponowała kilka sposobów, żeby przywrócić mi zdrowie. Zapoznała z zagrożeniem i komplikacjami, jakie grożą po terapii. Jednak decyzję musiałem podjąć sam. Po powrocie do domu zaczęło się nerwowe wertowanie książek. Szukałem każdej, nawet najmniejszej informacji o swojej chorobie. Człowiek w takich chwilach chce w jednym momencie wiedzieć wszystko. Może internet? Tam wyszukiwarka, fora internetowe i... zgroza. Ludzie wylewają swoje żale i opisują najcięższe przypadki. Czytam o cierpieniu i braku jakichkolwiek szans na przyszło załamanie. Zacząłem robić sobie rachunek sumienia. Zastanawiać się, czy to, co w życiu zrobiłem, wystarczy, żeby trafić "na górę". Na szczęście to trwało bardzo krótko, a rodzina i mnóstwo sympatycznych ludzi pomogło mi wziąć się w garść. Nigdy nie kryłem się ze swoją chorobą. W jego gabinecie słychać tylko tykanie zegara. To jedna z wielu rzeczy, jaka wisi na ścianie. W centralnym miejscu patrzy z obrazu Jan Paweł II. Obok szafy, w której burmistrz gromadzi swoje puchary i To wiara i życzliwość wielu ludzi dają mi siłę, żeby walczyć o życie. Od samego początku wszyscy mnie wspierają. Znajomi poklepują po ramieniu, że będzie dobrze, a ksiądz zawsze dobrym słowem pocieszy. Ale zauważyłem, że wielu ludzi w naszym kraju choruje w samotności. Wstydzą się swojej choroby, tak jakby zrobili coś złego i przez to byli gorsi. Panuje taka dziwna mentalność. Ludziom łatwiej jest się przyznać, że coś ukradli, niż powiedzieć bliskim o swojej chorobie. A przecież wielu z nas ma jakieś dolegliwości. Łatwiej jest z nimi walczyć, gdy ma się wsparcie ma chemioterapia W końcu podjąłem decyzję - wezmę tę chemioterapię, o której mówiła doktor, i wytępię to świństwo raz na zawsze. Terapia ma sprawić, że nowotwór nie odezwie się tak szybko. Po cichu liczę, że da mi spokój przynajmniej do był styczeń 2008 r. Wsiadłem w samochód i pojechałem do Katowic. Dalej poszło już gładko. Łóżko, jakaś aparatura i szybkie badanie. Potem jeszcze kilka pytań o zdrowie. Pielęgniarka wbiła do żyły duży wenflon i zaczęło się. Dostałem pierwszą kroplówkę z chemią. Zeszła. Po niej następna. Znów pusta. Pielęgniarka przypięła kolejną. Po godzinie zaczęło mi się trochę kręcić w głowie. - Był pan kiedyś na Górze św. Anny? - zagaduję do pacjenta, który leży na łóżku koło mnie. Ale jest mniej chętny do rozmowy. Chyba faszerują go tą chemią od dłuższego czasu. Zagaduję więc do pielęgniarki i pytam, czy oglądała już foldery o Leśnicy, które jej przywiozłem. Chemię bierze się przez dwa dni. W tym czasie trzeba się czymś zajmować. Po przyjęciu wszystkich kroplówek człowiek zostaje w klinice kilka godzin na obserwacji, a później ktoś musi go zabrać do domu. Jest się w takim stanie, że ciężko nawet nogami ruszyć. Na szczęście miałem wsparcie najbliższych i lekarza rodzinnego, który po mnie przyjechał. Tego dnia z trudem wsiadłem do samochodu. A najgorsze zaczęło się dopiero w domu. Opadłem z sił. Myślałem, że to już koniec. Mimo że lekarze powtarzali: chemia to nie witamina - myślałem, że coś poszło nie tak. Siły odzyskałem dopiero po trzech dniach leżenia w domu. Generalnie każdy dzień zaczynał się od spałaszowania garści tabletek. Później starałem się jeść, żeby dojść jakoś do siebie. Byłem słaby, a z moim ciałem działo się coś dziwnego. Ja tyłem! Mimo że mój organizm był na wyczerpaniu, przybierałem na wadze! - To od sterydów - wyjaśniali lekarze. - Chodzi o to, żeby teraz wzmocnić pierwszej chemii przybrałem na wadze 7 kg. W lustrze nie poznałem własnego odbicia. Włosy wypadały mi z głowy garściami. Z bujnej brody zostały tylko było wszystko ogolić. Ale jakoś nie potrafiłem się z tym pogodzić. Ja w życiu tylko dwa razy byłem taki łysy! Pierwszy raz zgoliłem brodę w 1981 r. podczas stanu wojennego, ze względu na godzinę policyjną. Wtedy kto nie chciał dostać pałą, jak go legitymowali, na zdjęciu w dokumencie musiał wyglądać identycznie jak w rzeczywistości. Drugi raz ogoliła mnie armia. Potraktowali mnie maszynką z góry na dół. Ale jak tylko mnie z woja wypuścili, znów broda wróciła na swoje miejsce. Klinika jak drugi dom Pierwsza chemia dała mi naprawdę popalić. Mimo to starałem się być cały czas na bieżąco z tym, co dzieje się w gminie. Nie wyłączałem telefonu. Niektórzy dzwonili do mnie i załatwiali przeróżne sprawy. O mojej chorobie chyba nawet nie wiedzieli. Dużo spraw ciągnęli do przodu pracownicy urzędu. Mam naprawdę kadrę fachowców, która robi swoje, nawet jak mnie nie ma. Gdy doszedłem trochę do siebie, wróciłem do swojego gabinetu. To nie było łatwe. Liczyłem każdy schodek, zanim dotarłem na pierwsze piętro. Po takim wysiłku zawsze dostawałem Jak zdrowie, panie burmistrzu? - pytali na korytarzu. - Dziękuję, dobrze. Tylko ten fryzjer trochę spieprzył robotę - starałem się wszystko obracać w jestem optymistą. To pomaga mi w walce z chorobą. Bo jak mówią lekarze, 50 procent sukcesu leży w lekach, a druga część w psychice pacjenta. Jeżeli ktoś nie wierzy, że może z tego wyjść, to tak, jakby już położył się do gdy nabrałem sił, znów trzeba było tam jechać do tej kliniki. Łóżko, kroplówka i podpięta chemia. Pani pielęgniarka znów wymieniała kroplówki jedna za drugą. Gdy wracałem do domu, scenariusz był ten sam. Przez przynajmniej trzy dni dochodziłem do siebie. Później wracałem do pracy. Drugą chemię przyjąłem już spokojniej. Ale jak tylko trochę organizm się wzmocnił, znów musiałem się stawić w klinice. Nie było miesiąca, żebym nie widział się z moimi lekarzami. W międzyczasie były dziesiątki badań. W końcu w styczniu tego roku przyszedł czas na zebranie wyników i podsumowanie. - Wszystko idzie w dobrym kierunku - powiedziała doktor Kopera, przeglądając chciałem jej jednak wierzyć. Takie są czasy, że dla dobra pacjenta lekarze robią go czasami w konia. Jak już nie ma szansy na odratowanie, mówi mu się, że wszystko jest dobrze. A ja nie chciałem usłyszeć tylko słowa "dobrze". Chciałem znać prawdę. Najprawdziwszą prawdę, choćby miała być dla mnie bolesna. - Pani doktor, oczekuję, że będzie pani ze mną szczera - powiedziałem Wyniki są dobre - powtórzyła. - Ale to nie koniec walki z się, że tego raka udało się wytępić, z tym, że jego cząsteczki nadal mogą być w organizmie. Mogłem w tym momencie zaprzestać terapii i mieć spokój na kilka lat. Ale to było rozwiązanie połowiczne. Taka prowizorka. Żeby wszystko doprowadzić do końca, musiałem się zdecydować na autoprzeszczep. A to miało być najbardziej męczące. Jak będzie, to się okaże Termin przygotowania do autoprzeszczepu w klinice wyznaczyli mi na luty tego roku. Tego dnia wystarczyło podpisać lekarzom dokumenty in blanco i już mogli robić ze mną, co chcieli. W klinice pielęgniarka wkłuła mi do piersi ogromy wenflon. A dokładniej - metalową rurę. Przez taki otwór to oni mogli we mnie wlać nawet wiadro wody! Ale starałem się być spokojny. Wiedziałem, że ten autoprzeszczep to nie wypad na klinice lekarze wlali we mnie 23 butelki z kroplówką. Wyglądało to tak, jakby chcieli wypłukać wszystko z mojego organizmu. Medycy co kilkanaście minut oglądali mnie z każdej strony. Otwierali nawet szczękę i patrzyli, czy się czasem jakiś ząb nie psuje. Podobno w takim stanie nawet najmniejsza bakteria mogła mnie zabić. Po tych wszystkich procedurach dostałem serię zastrzyków. Zastrzyk miał pobudzić mój szpik kostny. Chodziło o to, żeby mój organizm wyprodukował jak najwięcej płytek krwi, które lekarze mogli pobrać. Podłączono mnie do jakiejś wirówki, która przepompowała całą krew. Później przyszedł czas na 1:0 dla Opolszczyzny! - powiedziała ordynator Małgorzata oznaczało, że wszystko poszło zgodnie z planem. Za pierwszym razem udało się pobrać wystarczającą ilość ciałek, którą lekarze będą mogli mi już osiemnasty rok, jak rządzę tą gminą. W tym czasie naprawdę sporo widziałem. Ale dopiero teraz zrozumiałem, jak niektórzy ludzie cierpią, walcząc o własne życie. To wszystko, co działo się ze mną w ostatnim czasie, bardzo mnie zmieniło. Zacząłem bardziej krytycznie patrzeć na świat materialny, a baczniej zwracać uwagę na sferę duchową. Czy mi się uda wygrać z tą chorobą? Tego nie wiem. Wszystko okaże się 20 kwietnia tego roku. Na ten termin mam się zjawić w klinice, żeby dostać moje komórki z powrotem. A co będzie dalej? Tego nie wiedzą nawet lekarze. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze i zakończę moją terapię, na pewno spotkam się ze wszystkimi znajomymi. W ostatnim roku bardzo zaniedbałem takie kontakty. A w pracy będę chciał ruszyć pełną parą. W końcu czeka na mnie tyle rakiem można wygrać, wierzę w to. Zdecydowałem się opowiedzieć o mojej chorobie z nadzieją, że jeśli tym pomogę choć jednej osobie, to znaczy, że było warto.
Mam na imię Aneta, mam 42 lata, dwójkę wspaniałych dzieci (7 i 9 lat) i kochającego mężczyznę przy sobie. Pod koniec zeszłego roku usłyszałam diagnozę, która zburzyła moje dotychczasowe życie – nowotwór złośliwy piersi z przerzutami do kości, OUN i śródpiersia. Z powodu lockdownu wykrycie raka nastąpiło dopiero w stanie zaawansowanym, potem wszystko potoczyło się szybko – radioterapia mózgu, kolejne sesje chemioterapii, dziesiątki leków, ból i nieustający strach. Już dziś wiem, że muszę być gotowa na kolejne formy leczenia i że będziemy szukać każdego sposobu byle być jak najdłużej Pomóc Anecie można dokonując wpłaty na konto: Fundacja Pomocy Dzieciom i Osobom Chorym “Kawałek Nieba” Santander Bank 31 1090 2835 0000 0001 2173 1374 Tytułem: “2850 pomoc dla Anety Chomicz” wpłaty zagraniczne – foreign payments to help Aneta: Fundacja Pomocy Dzieciom i Osobom Chorym Kawalek Nieba PL31109028350000000121731374 swift code: WBKPPLPP Santander Bank Title: “2850 Help for Aneta Chomicz” Aby przekazać 1% podatku dla Anety: należy w formularzu PIT wpisać KRS 0000382243 oraz w rubryce ’Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%’ wpisać “2850 pomoc dla Anety Chomicz” Anecie można też pomóc poprzez wpłatę systemem DOTPAY: Podaruj Kawałek Nieba...
Zdrowe zakupy - Zalecono mi tomografię komputerową - wspomina Eugeniusz. - W wieku 57 lat usłyszałem druzgocącą diagnozę - rak prostaty. W sierpniu przeszedłem operację prostaty. Niestety, rak zajmował oba płaty gruczołu krokowego, przechodził w obręb tkanek otaczających oraz naciekał gałązki nerwowe. Wiedziałem, że sprawa jest poważna, nawet jeszcze nim powiedziano mi, że w 10 stopniowej skali Gleasona mam 7 pkt. (Skala Gleasona to zalecany przez WHO system klasyfikacji raka gruczołu krokowego, czyli prostaty. Jest silnie skorelowana z rokowaniami dotyczącymi przeżycia. Im więcej punktów, tym szanse są mniejsze. Po operacji Eugeniuszowi zaordynowano radioterapię. - Jednak jakaś wewnętrzna siła podpowiadała mi, że jeśli chcę żyć, powinienem zrobić coś więcej. Poza tym wiedząc, jakie są skutki uboczne radioterapii, podświadomie chciałem oddalić jej termin. Eugeniusz nie raz już stawiał czoła ciężkim sytuacjom, dlatego i tym razem postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Zaczął szukać informacji w internecie, dosłownie pożerał książki o naturalnych metodach walki z rakiem. - Nie poprzestałem na czytaniu - opowiada. - Zrewolucjonizowałem swój sposób odżywiania. Zacząłem pić więcej wody. Ograniczyłem cukier i pszenicę. Ponadto wzbogaciłem dietę w przeciwutleniacze. W tym samym czasie usłyszałem o vidatoxie z Kuby. Wyciąg z jadu skorpiona to brzmi groźnie. Jednak gdy usłyszałem opinie innych osób, będących w podobnej sytuacji do mojej, zdecydowałem się na włączyć go do mojej terapii. Wszystko zaczęło się 200 lat temu na Kubie. Od wczesnych lat XIX w. w celach leczniczych stosowano tam jad tamtejszego skorpiona (Rhopalurus junceus). W 1991 roku doktor John Debin wraz z zespołem przeprowadził badania, które wykazały, że jad skorpiona z gatunku Leirus quinquestriatus ma właściwości przeciwnowo-tworowe i hamuje migrację glejaków. Willmar Schawbe w Farmakopei Homeopatii pisał również o podobnych efektach uzyskanych przy stosowaniu jadu skorpiona z gatunku Euscorpius italicus. Te dane zainspirowały naukowców z Labiofamu. Badaniu poddano myszy cierpiące na raka gruczołowego sutka. Okazało się, że podawanie gryzoniom ekstraktu z jadu skorpiona doustnie lub dootrzewnowo spowodowało znaczny spadek progresji nowotworu w zależności od dawki. U zwierząt z przerzutami do płuc przyjmowanie ekstraktu znacząco ograniczało występowanie i zmniejszało częstotliwość przerzutów do płuc. Przeprowadzone eksperymenty potwierdziły, że jad Rhopalurus junceus toksycznie wypływa na komórki nowotworowe pochodzenia nabłonkowego. Eugeniusz przyjmował Vidatox i co miesiąc regularnie kontrolował poziom PSA. - Ku zdziwieniu wszystkich cały czas utrzymywał się on poniżej 0,002 - wspomina. - To sprawiło, że wstrzymano decyzję o radioterapii. W kwietniu 2014 r., w 8 miesięcy po operacji zlecono mu wykonanie badania tomograficznego pod kątem nawrotu nowotworu i ewentualnych przerzutów. - Gdy lekarze zobaczyli wynik, oniemieli! Nie stwierdzono cech adenopatii ani zmian meta w kościach - śmieje się Eugeniusz. Badania przeprowadzone wśród 174 pacjentów obu płci z rakiem piersi, rakiem płuca i rakiem stercza wykazały wspomagające działanie preparatu Vidatox. 96% leczonych pacjentów cechował wskaźnik przeżycia powyżej 12 miesięcy, u 90% odnotowano istotną poprawę kliniczną, zaś w 62% przypadków nasilenie dolegliwości bólowych zmniejszyło się do poziomu umiarkowanego, bez potrzeby stosowania leków przeciwbólowych. Pozostałych 27% badanych osób w ogóle nie odczuwało bólu. Żaden uczestnik nie zgłaszał działań niepożądanych związanych ze stosowanym leczeniem. Homeopathic VIDATOX® to homeopatyczny środek bioleczniczy, w którym substancję czynną stanowi jad skorpiona z gatunku Rhopalurus junceus. Jego stosowanie ani nie wyklucza, ani nie ogranicza innych zastosowań w konwencjonalnej terapii nowotworów; skądinąd, jednoczesne stosowanie jadu z innymi lekami przeciwnowotworowymi może prowadzić do synergii lub wzmocnienia skuteczności konwencjonalnych preparatów przeciwnowotworowych. Przeprowadzono badanie retrospektywne i opisowe z udziałem131 pacjentów obu płci w celu oceny skuteczności wyciągu z jadu skorpiona u osób chorych na raka płuc, gruczołu krokowego, jelita grubego i żołądka. W pierwszej grupie stosowano leczenie typowe ze wskazań onkologicznych połączone z podawaniem Vidatox® 30 CH. W drugiej grupie podawano jedynie Vidatox® 30 CH. Badacze oceniali intensywność i częstość występowania dolegliwości bólowych, przeżywalność oraz objawy kliniczne co 7, 12, 18 i 24 miesięcy od rozpoczęcia badania. Wykazały one, że wyciąg z jadu skorpiona ma działanie przeciwbólowe, zwiększa przeżycie do ponad 25 miesięcy oraz zmniejsza występowanie objawów klinicznych. Połączenie jadu z konwencjonalnymi lekami przeciwnowotworowymi (Cyklofosfamid, 5-Fluorouracyl, Cisplatyna) podlegało ocenie w linii komórek guza płuc człowieka i w modelach in vivo. Obecność jadu skorpiona wraz z lekami przeciwnowotworowymi czyni możliwym to, że przy niższych dawkach i krótszych cyklach podawania leków przeciwnowotworowych osiągane są znacznie wyższe wartości wskaźników zahamowania wzrostu guza w porównaniu do leczenia nieskojarzonego. Dodatkowo, jad skorpiona jest w stanie działać z tymi lekami synergistycznie, co nasila pożądany skutek terapeutyczny. Przeprowadzono też badanie na temat stosowania preparatu VIDATOX® 30 CH, w ramach którego oceniano skuteczność i bezpieczeństwo przyjmowania roztworu jadu skorpiona Rhopalurus junceus (VIDATOX® 30 CH). Do badania włączono 114 pacjentów z rozpoznanymi nowotworami w zaawansowanym stadium, potwierdzonymi histopatologicznie, pochodzących ze szpitali lub uznanych ośrodków onkologicznych w różnych krajach na świecie (którzy zostali przeniesieni docelowo do ośrodka zdrowia LABIOFAM między lipcem 2010 a wrześniem 2011). Uzyskane wyniki pokazują, że korzystne zmiany kliniczne odnotowano u 74,6% badanych osób, którzy przyjmowali VIDATOX® 30 CH. Co więcej, znaczącej poprawie uległa jakość życia uczestników badania. Najlepszą odpowiedź terapeutyczną uzyskano wtedy, gdy VIDATOX® 30 CH stosowano 3 razy na dobę. Nie zgłaszano żadnych zdarzeń niepożądanych. Na XXXI Międzynarodowych Targach EXPOCOMER 2013. Oferta eksportowa Labiofam spotkała się z ogromnym zainteresowaniem wśród gości. Dużą uwagę przykuła linia produktów naturalnych i preparatu homeopatycznego Vidatox® 30CH. Nawiązano przy tym kontakty biznesowe z ponad 50 przedsiębiorcami. Podczas Targów Labiofam urządził specjalną wystawę poświęconą właściwościom preparatu homeopatycznego Vidatox® 30CH i jego korzystnemu wpływowi na zdrowie człowieka i wyraźną poprawę jakości jego życia, co został wcześniej zbadane i potwierdzone naukowo. Podczas Dnia Kubańskiego 2013 dystrybuowano egzemplarz pisma Biznes na Kubie, w którym ukazał się specjalny reportaż publicystyczny, dotyczący badań klinicznych nad preparatem homeopatycznym Vidatox® 30CH, połączony z wywiadem z Panią dr Marielą Guevara García, dyrektorem Działu Badań Klinicznych Labiofam. Dyrektor firmy do badań i rozwoju, Isbel González, wyjaśniła, że Vidatox jest preparatem homeopatycznym wykonanym z pięciu białek peptydowych o niskiej masie cząsteczkowej pochodzących z jadu skorpiona, i który wykazał "działanie przeciwbólowe, przeciwzapalne i przeciwnowotworowe efekt w ponad 15 różnych liniach komórek nowotworowych". Według González, Vidatox został przetestowany na ponad pacjentów z rakiem, około 3500 z nich cudzoziemców, i pokazuje, "pozytywne rezultaty”, począwszy od "poprawy jakości życia” na "spowolnienie wzrostu nowotworu”. Vidatox jest wynikiem 15 lat badań i jest produkowany na Kubie. Zyskał dużą popularność w wielu krajach, między innymi we Włoszech. Więcej informacji: kontakt pod numerem tel. 515370674
Z wielkim bólem piszemy te słowa: pan Andrzej przegrał walkę z rakiem. Pozostanie na zawsze w sercach tych, którzy go kochają. Dziękujemy wszystkim którzy pomogli w jego leczeniu. Historia pana Andrzeja: Pod koniec października 2016 roku zdiagnozowano u mnie chorobę nowotworową. Przeszedłem ciężką operację. Niestety, przerzuty okazały się nieoperacyjne. A biopsja potwierdziła wysoki stopień złośliwości. Zdecydowano o natychmiastowej chemioterapii, która okazała się dla mnie kardiotoksyczna. Wobec tak poważnych skutków ubocznych z części leczenia zrezygnowano. Toksyczne skutki uboczne powstałe w wyniku podawania chemii mogą być neutralizowane za pomocą bardzo drogich leków, wyspecjalizowanych zabiegów medycznych czy nowoczesnych preparatów wspierających układ immunologiczny, za które trzeba samemu zapłacić, bo nie ma refundacji NFZ! Walka ze skutkami chemioterapii i proces wyzdrowienia z raka jest bardzo długi i kosztowny, dlatego zdecydowałem się prosić o wsparcie za co serdecznie dziękuję. Podaruj Kawałek Nieba...
moja walka z rakiem